Pokazywanie postów oznaczonych etykietą pierwsza część. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą pierwsza część. Pokaż wszystkie posty

piątek, 6 stycznia 2017

9) Richelle Mead - Akademia Wampirów








Tytuł: Akademia Wampirów
Autor: Richelle Mead
Cykl: Akademia Wampirów (I)
Liczba stron: 336
Data wydania: 10 lutego 2010
Wydawnictwo: Nasza Księgarnia
Tłumaczenie: Monika Gajdzińska







   Z "Akademią Wampirów" po raz pierwszy do czynienia miałam trzy lata temu, Już wtedy kompletnie wsiąkłam w świat Rose i Lissy. Pamiętam, jak z początkową niechęcią sięgnęłam po ten tytuł. Wampiry? "Kolejna historia typu Zmierzch"- pomyślałam. Jak bardzo mogłam się mylić!

   "Akademia Wampirów" rozpoczyna sześcio-tomowy cykl pod tym samym tytułem. I choć z początku nie byłam do niej przekonana to pochłonęłam cztery części, nawet kilka razy. Czyta się je wszystkie przyjemnie i choć pierwszy tom nie jest moim ulubionym to wspominam go bardzo dobrze. Niedawno miałam przyjemność po raz kolejny przeczytać ten tytuł, a to wszystko za sprawą mojej przyjaciółki, którą serdecznie pozdrawiam, Cudownie było mieć ją ponownie w swoich rękach i przywitać się z Rose, Lissą oraz Dymitrem jak ze starymi znajomymi. Postanowiłam, więc tym razem spojrzeć na nią chłodnym okiem i zrecenzować ją dla Was. 

   Bohaterowie w tej powieści to dobrze wykreowane postacie, których wszystkie cechy poznaje się wraz z biegiem historii. Rose, główna bohaterka, potrafi wybrnąć z każdej sytuacji, a jej cięty język czyni z niej zdecydowanie pozytywną w odbiorze postać. Lissa, najlepsza przyjaciółka Rose i moroj, nie przypadła mi zbytnio do gustu, odbierałam ją zawsze jako płaską i nudną postać. Lissę i Rose łączy więź, która jest niezwykła. Pozwala ona Rose "wniknąć" w ciało Vasilisy i widzieć to samo co mojorka. Podziwiam nie tylko ich magiczną więź, lecz także prawdziwą i dozgonną przyjaźń. 

   Książka jest lekka i przyjemna w odbiorze, lecz nie jest to jakieś wybitne dzieło, nad którym można było by się zachwycać godzinami. Czas przy niej leci szybciej, jednak po odłożeniu książki nie zostałam z nią myślami zbyt długo. Ot, lekka lektura na rozluźnienie. 

   Jednym z minusów, które teraz dostrzegłam jest styl autorki. Wydaje mi się zbyt infantylny, nawet jak na cykl dla młodzieży. Niektóre z dialogów wywoływały u mnie uśmiech. Opisy zaś były z początku ciekawe, jednak po mniej więcej połowie książki większość omijałam. 

   Wątek miłosny w tej powieści zasługuje na uznanie i myślę, że to głównie dzięki niemu nie odłożyłam tej książki po kilkudziesięciu stronach. Pomiędzy tajemnicami, strachem i niepewnością znalazło się miejsce na pożądanie. I właśnie tutaj pojawia się Dymitr, który powala mnie na łopatki za każdym razem. Uwielbiam sposób w jaki ta postać jest wykreowana i przedstawiona. Zaś jego relacje z Rose są czymś co podnosi moją ocenę dla tej książki. Z niecierpliwością czekałam na sceny, w których to zajdzie jakaś interakcja pomiędzy tymi obiema postaciami.

   Podsumowując, "Akademia Wampirów" pióra Richelle Mead jest książką lekką i przyjemną. Spędzony z nią czas nie jest zmarnowanym, Dzięki niej mogłam się zrelaksować i przez chwilę zatopić się w świecie dampirów i morojów oraz zasmakować szczypty niebezpiecznego pożądania. Chodź język i kunszt autorki nie jest specjalnie dobry to powieść ta zdecydowanie zasługuje na szansę.



Moja ocena: 7/10


Aelin, 6 styczeń 2017

sobota, 3 grudnia 2016

8) Colleen Hoover - November 9













Tytuł: November 9
Autor: Colleen Hoover
Liczba stron: 327
Data wydania: 9 listopada 2016
Wydawnictwo: Otwarte
Tłumaczenie: Piotr Grzegorzewski









   Po każdej książce Colleen Hoover moje serce rozpada się na tysiące kawałków ( może wyjątkiem jest "Hopeless", wtedy rozpadło się tylko na dwa). Tak było i tym razem. Czytanie sprawiało mi ból, a łzy cisnęły się do oczu. Po ostatniej kropce mój mózg odmówił współpracy, a ciało zostało zalane falą emocji - smutkiem, radością, miłością, fascynacją i zwątpieniem. Jak mam przestać szukać idealnej miłości skoro Colleen Hoover napawa nadzieją? Jak mam nie wątpić w to, że taka miłość istnieje, skoro wydaje się za bardzo literacka? "November 9" nie tylko pokazała mi nowe oblicze miłości, lecz także obudziła we mnie emocje i skłoniła do przemyśleń. Zdecydowanie jest to książka, o której będę pamiętała. Dlaczego? Na to pytanie znajdziecie odpowiedź w dzisiejszej recenzji.


' Whoever said the truth hurts was being an optimist. The truth is an excruciatingly painful son of a bitch. '

   "November 9" autorstwa Colleen Hoover opowiada o Fallon i Benie, osobach, które pewnego przypadkowo znalazły się w tym samym miejscu i tym samym czasie. Los chciał, by połączyła ich historia rodem z romansu. Fallon to dziewczyna marząca o wznowieniu kariery aktorki, przerwała ją z powodu nieszczęśliwego wypadku, który przytrafił się jej, gdy miała szesnaście lat, Od tamtej pory między innymi na jej twarzy widnieją blizny po oparzeniu, które zniszczyły jej karierę w Hollywood. Zaś Ben to student, który jest pisarzem. Jego osoba jest dość trudna to przybliżenia, więc przejdźmy dalej. "Chodź los postanawia ich rozdzielić, to wzajemna fascynacja jest na tyle silna, że nie może pokonać jej ani czas, ani odległość. Co roku 9 listopada rozpoczyna się kolejny rozdział historii - tej realnej i tej fikcyjnej."

' "Kochała mnie" w cudzysłowie
Całowała mnie pogrubioną czcionką
PRÓBOWAŁEM JĄ ZATRZYMAĆ wielkimi literami
Zostawiła mnie z wielokropkiem... '

   Książki Colleen Hoover mnie olśniewają i trafiają do mojej listy najlepszych jakie kiedykolwiek przeczytałam. Co jest ich fenomenem? "November 9" ujęło mnie przede wszystkim przesłaniem. Pokazało, że nie trzeba być idealnym, by zostać pokochanym, a miłość nie zawsze jest taka cudowna. Jest to opowieść o szukaniu samoakceptacji, miłości, a przede wszystkim o przeznaczeniu. Styl autorki jak zwykle sprawił, że książkę pochłonęłam w jeden wieczór. Barwne opisy nie przynudzały, lecz ubarwiały zdarzenia jak i całą opowieść.

' Uśmiechnęła się i opuściła głowę.
-Czuję się głupio.
-Ledwo cię znam, więc nie będę się z tobą kłócił na temat poziomu twojej inteligencji, bo możesz równie dobrze być głupia jak but. Ale przynajmniej jesteś ładna. '

   Zaczynając swoją przygodę z tym tytułem nie spodziewałam się kolejnej tak oryginalnej, a jednocześnie tak typowej dla tej pisarki opowieści. Nie mam tu na myśli przewidywalności, chociaż w sumie po głębszym zastanowieniu można się domyślić kilku rzeczy, chodzi mi raczej o ten styl tak bardzo "Hooverowski". Gdyby ktokolwiek dał mi do przeczytania rozdział jej książki, której dotychczas nie przeczytałam, bez przekazania mi informacji o tym, że to Colleen Hoover jest autorką, myślę, że zdecydowanie poznałabym jej dzieło. Co do owych rzeczach, których można było się domyśleć... Książka "November 9" wciąga i powoduje, że nawet jeśli mamy jakieś podejrzenia to one szybko zostają wymazane, ponieważ zostajemy wessani w wir zdarzeń.

'You'll never be able to find yourself if you're lost in someone else.'

   Wielokrotnie prawie krzyczałam na bohaterów, ponieważ byłam wściekła z tego jakich decyzji dokonywali. Jestem wielką romantyczką i może dlatego pochłaniam tak książki tej autorki, ponieważ doskonale oddają koloryt miłości w różnych etapach życia jak i są niezwykle romantyczne. Z drugiej strony, przez nie stawiam sobie bardzo wysokie wymagania dotyczące chłopców. Przez "Maybe Someday" mój idealny chłopak musi umieć grać na gitarze, zaś przez "November 9" musi umieć ubierać swoje uczucia w słowa jak i być zdolny do tego, aby kochać mnie taką jaka jestem - pełną skaz jak każdy, jednak zdecydowanie nie gorszą.

' Kiedy znajdujesz miłość, to ją bierzesz. Chwytasz obiema rękami i robisz co w swojej mocy, żeby jej nie puścić. Nie możesz tak po prostu od niej odejść i oczekiwać, że będzie trwać, dopóki nie będziesz na nią gotowa. '

' Jedną z rzeczy, o których zawsze staram się sobie przypominać, jest to, że każdy ma blizny. – mówi. – Wielu z nich ma gorsze ode mnie. Jedyną różnicą jest to, że moje
są widoczne, a większości ludzi nie. '

'Ciało to po prostu opakowanie dla skarbów, które skrywamy wewnątrz siebie. A Ty jesteś pełna skarbów. Bezinteresowności, życzliwości, współczucia. Tego co naprawdę się liczy. Młodość i piękno przemijają. Dobroć - nie.'

   Jesteśmy świadkami przemian zachodzących w życiu bohaterów, którzy spotykają się tylko raz w roku, właśnie tego tytułowego dziewiątego listopada. Możemy dostrzec dynamiczność i ulotność życia. Jednocześnie zauważając, że również nasze uczucia potrafią zgasnąć w ułamku sekundy. Colleen Hoover stosuje w swojej powieści wiele symboli, o których tak na prawdę nie mogę napisać, ponieważ byłoby to zbyt dużym spoilerem. Zauważyłam to dopiero teraz, pisząc tę recenzję, ponieważ książka oczarowuje, zabiera zdolność myślenia o czymś innym niż o niej samej. Jednak nie jest to tylko opowieść smutna i dołująca, jak w każdej książce tej autorki znajduje się w niej humor. Wiele razy uśmiechałam się szeroko, czytając dialogi czy przemyślenia bohaterów. Myślę, że to bardzo dobrze, że Collen Hoover zastosowała ten zabieg, ponieważ złagodził on resztę negatywnych emocji, które można było znaleźć w tej książce.


' - Ben. Czy ty... uprawiasz ze mną booksting?
- Booksting?
- Tak. No wiesz, kiedy seksowny facet rozmawia z dziewczyną o książkach. To jak sexting, tyle że na głos i z książkami zamiast seksu. Nie żeby to miało coś wspólnego z smsami. Dobra, więc pewnie nie ma też nic wspólnego z sextingiem, ale w mojej głowie to miało sens. '


   Ów tytuł przede wszystkim wpływa na czytelnika i jego sposób patrzenia na siebie. Nie potrafię rozwodzić się nad geniuszem Collen Hoover nie odwołując się do konkretnych przykładów z "November 9", jednak jeśli ktokolwiek uważa jej książki za płytkie lub bez głębszego sensu, powinien przeczytać właśnie ten tytuł. Widzimy tutaj wewnętrzną przemianę Fallon, która pod koniec książki wręcz rozkwita. Pod wpływem miłości ( i nie tylko) z zakompleksionej dziewczyny przeistacza się w pewną siebie, młodą kobietę. Fenomenem pani Hoover jest sposób w jaki obrazuje czytelnikowi uczucia, odwołując się do znanych nam sytuacji życiowych. Właśnie to uwielbiam w jej powieściach - mogę w nich znaleźć cząstkę siebie.

' Na moje wady patrzy przez palce
Ma o mnie fałszywe mniemanie
Lecz pieszcząc ustami mą skórę
Odkryje, że ją oszukiwałem '

   Reasumując, książka Colleen Hoover pod tytułem "November 9" jest powieścią zapadającą w pamięć. Zachwyca, wciąga jak i również przytłacza emocjami, którymi jest naszpikowana. Nie da się jej czytać z obojętnością. Na jej kartach każdy odnajdzie cząstkę siebie, a dzięki temu wczuje się w tą historię - pełną radości, smutku, miłości i bólu. Opowieść, przynajmniej mnie, skłoniła do refleksji na temat samoakceptacji i swojej fizyczności. Pomaga spojrzeć na miłość inaczej, nie z perspektywy codziennych spotkań, mijanych dni, lecz z perspektywy lat. Ukazuje, w jaki sposób to niesamowite uczucie rozwija się, jak jasno potrafi płonąć. Pokazuje również jak emocje wpływają na to co robimy, jak się zachowujemy. Polecam ją osobom, które tak jak ja uwielbiają odnajdywać w książkach siebie, a przede wszystkim nie boją się tego robić, jak i osobom, które chcą przeczytać coś więcej niż kolejny dobry romans.




Moja ocena 10/10



Aelin, 03-12-2016

niedziela, 20 listopada 2016

7) Susan Dennard - Prawdodziejka









Tytuł: Prawdodziejka (Truthwitch)
Autor: Susan Dennard
Cykl: Czaroziemie
Liczba stron: 391
Data wydania: 12 października 2016
Wydawnictwo: SNQ
Tłumaczenie: Regina Kołek i Maciej Pawlak











" Przypomniała mi dlaczego sięgnęłam po fantastykę: znajdziemy tu niebezpieczny i tętniący życiem świat, bogato nakreślone postaci i olśniewającą intrygę (...) I o ile Susan Dennard oddaje hołd klasyce, to kładzie również podwaliny pod zupełnie nowy rozdział w historii gatunku." 
~~Sarah J. Mass


   "Przyjaźń potrafi być opowieścią mniej epicką od miłości" - takie słowa możemy przeczytać w podziękowaniach znajdujących się na końcu książki debiutującej Susan Dennard. Niezbyt często wspominam o tej części książki, w której autor dziękuje i wymienia nazwiska wielu ludzi, ponieważ rzadko je czytam. Dla "Prawdodziejki" musiałam zrobić wyjątek, ponieważ zauważyłam w niej nazwisko znanej autorki - litery głosiły, że Sarah J. Mass jest bardzo dobrą przyjaciółką pisarki. Wtedy recenzja autorki "Szklanego Tronu" czy "Dworu Cierni i Róż" okazała się uzasadniona, bowiem po przeczytaniu tej książki nie rozumiałam jej sensu. Wcale nie chcę powiedzieć, że "Prawdodziejka" to zła książka, ponieważ dobrze spędziłam czas czytając ów tytuł, jednak zachwyty zawarte w słowach Pani Mass, umieszczone na "skrzydełkach", moim zdaniem są mocno przesadzone. 

   "Prawdodziejka" opowiada o losach Safi i Iseult - młodych czarodziejek, które wpadły w tarapaty. Safiya jest jedyną w Czaroziemiach prawdodziejką, zdolną wykryć każde kłamstwo. Ukrywa ona swoją moc, by nie została wykorzystana. Iseult zaś jest więzodziejką, lecz jej moce są tajemnicą nawet dla niej. Obie są więziosiostrami - połączone przez los, nierozłączne tworzą doskonały duet. Jednak zbliżają się niespokojne czasy, a dziewczyny, które pragnął przede wszystkim wolności muszą uciekać i walczyć o przetrwanie w świecie, który nie jest już tak przyjazny jak kiedyś.

   Tytuł ten przyciągnął moją uwagę nie tylko recenzją na okładce oraz ze względu na opinie Anity z "Book Reviews by Anita", lecz także intrygującą okładką, bardzo dobrze oddającą ducha książki, bowiem centrum, alfą i omegą w niej jest tytułowa prawdodziejka - Safiya fon Hasstrel.  I jak zazwyczaj uwielbiam mocnych bohaterów tak tutaj, Safi mnie irytowała. Zdecydowana, waleczna, ale jednocześnie płaska i nierealistyczna. Autorka starała się stworzyć wielowymiarową postać, podczas gdy stworzyła zwykłą i nudną bohaterkę, która czasami na prawdę potrafi zdenerwować czytelnika. Towarzyszy jej Iseult, jej więziosiostra, rozsądna i spokojna, "beta" w owym duecie. Z nią problem jest identyczny, kolejna nudna postać, która nie jest niczym więcej niż opanowaną, nieznającą swojej mocy dziewczyną z obsesją na punkcie bezpieczeństwa i dobra Safi. 
   Większość postaci w "Prawdodziejce" jest czarna lub biała, bohaterowie nie mają różnych cech - są po prostu źli, dobrzy lub udający złych. W przeciwieństwie do Sarah J. Mass nie widzę tutaj bogato nakreślony bohaterów. Wyjątkiem może być Aedun i Lalkarka, które są moimi ulubionymi razem z Merikiem. Aedun to krwiodziej, który urzekł mnie swoją prawdziwością na tle innych postaci, zaś Lalkarka jest postacią z bardzo ciekawie wykreowaną historią. Gdybym, miała napisać o nich więcej, musiałabym zdradzić sporą część fabuły, a tego chyba nikt nie chce. Wymieniłam jeszcze Merika - postać w miarę zwykłą, lecz z powodu sposobu opisywania jego osoby nie mogę o nim zapomnieć, autorka po prostu sprawia, że czytelnik ulega urokowi księcia i nie chce od niego uciec.

   Jednym z plusów "Prawdodziejki" jest łatwy i przyjemny styl autorki. Książkę czytało mi się na prawdę szybko i przyjemnie. Świat, wymyślony przez Susan Dennard urzekł mnie i wessał. Mamy tutaj do czynienia z niewątpliwie wielką wyobraźnią pisarki, która prezentuje nam miejsce przemyślane i pełne magii, która zaczarowywuje. Barwne opisy zdecydowanie pobudziły moją wyobraźnię. Zwłaszcza opisy walk były bardzo dobrze napisane, prawie słyszałam brzdęk metali i oddechy walczących! Akcja jest szybka i wartka, nie sposób się nudzić - wyjątkiem jest koniec powieści, przez który brnęłam niczym przez smołę. Wtedy zaczyna robić się na prawdę nudno, a autorka wiedząc o tym chce wszystko naprawić nieudolnym zwrotem akcji, który nie wywarł na mnie ogromnego wrażenia.

   Sam pomysł na fabułę był doskonały, lecz jego wykonanie już trochę mniej. W "Prawdodziejce" znajdziemy wiele przeplatających się ze sobą wątków. Jednym z nich jest typowy wątek miłosny, który moim zdaniem jest prawdziwą porażką, ponieważ jest przewidywalny i schematyczny. Oprócz niego możemy zauważyć wątek polityczny, który bardzo mi się spodobał i wolałabym żeby był bardziej rozbudowany. Wiele wątków zostało uciętych, nie wiem czy pojawiają się w następnej części, więc nie uznaję tego za minus - być może było to zaplanowane działanie, które miało na celu zachęcenie do poznania dalszych losów bohaterów. Intryg nie było zbyt wiele co mnie zasmuciło, jednak opisy dziejów Czaroziemi mnie zachwycił. Powieść jest przewidywalna, lecz nie zniechęcało mnie to do dalszego czytania. Jak już wcześniej wspomniałam autorka próbowała zastosować zwrot akcji, jednak zrobiła to trochę nieudolnie i marnie jej to wyszło. Nie wiem czy to dlatego, że przeczytałam wiele książek z gatunku fantasy, czy też przez brak doświadczenia pisarki co zdecydowanie odbiło się na jakości treści.


   Podsumowując, "Prawdodziejka" pióra Susan Dennard jest dobrą i lekką lekturą na długie jesienno-zimowe wieczory, Klimat w niej panujący, urzeka i wywołuje uśmiech na twarzy. Styl autorki jest przyjemny, świat doskonale wykreowany. Minusem jest przewidywalność i zdecydowanie szablonowi bohaterowie, którzy czasami potrafią zdenerwować. Niedokończone wątki i romans uznam za neutralne punkty, które ani nie podwyższają, ani nie zaniżają oceny. Opisy przyrody i walk przenoszą czytelnika w zupełnie nowy świat pełen magii i walki o przetrwanie. Zdecydowanie jest to książka, którą warto przeczytać, chociażby dla wyrobienia sobie własnej opinii, zaznajomienia się z tym niezwykłym światem oraz spędzenia przyjemnych chwil z Safi, Iseult oraz Merikiem. Czekam na kontynuację, mając nadzieję, że debiut nauczył czegoś Susan Dennard, a jej dobra przyjaciółka Sarah J. Mass udzieliła jej pewnych wskazówek sprawiając, że kontynuacja powali mnie na kolana!






Moja ocena: 7/10

Aelin, 20 listopada 2016

czwartek, 27 października 2016

6) Stephenie Meyer - Zmierzch











Tytuł: Zmierzch (Twilight)
Autor: Stephenie Meyer
Saga Zmierzch
Ilość stron: 414
Data wydania: 2007 rok
Wydawnictwo: Wydawnictwo Dolnośląskie
Tłumaczenie: Joanna Urban








   Trzymając w ręce "Zmierzch" chęć ponownego wgłębienie się w ten świat, tym razem jako trochę starsza osoba, o innym poglądzie na pewne aspekty. Saga "Zmierzch" nieodparcie kojarzy mi się z moimi czytelniczymi początkami i bolą mnie wszechobecne hejty na tą historię, która co prawda nie jest doskonała, ale również nie taka tragiczna jak malują ją inni. Nie przeczytałam tej książki ponownie, ponieważ chciałam zachować sobie obraz tego, jak ją odbierałam dobre siedem lat temu, a byłam wtedy jeszcze dzieckiem. Dzisiejsza recenzja będzie trochę inna, ponieważ będzie ona opisem emocji dziewięciolatki jaką wtedy byłam oraz obecnym spojrzeniem na bohaterów i wydarzenia rozgrywające się w "Zmierzchu"

   Pamiętam jak czytałam ją z zapartym tchem, jak fascynowała mnie więź pomiędzy bohaterami. Zakazana miłość, problemy, dorastanie, wampiry... Byłam zaczarowana. W tej historii nie dostrzegałam, żadnych wad, podkreślam ŻADNYCH. Zmusiłam nawet moją ciocię do przeczytania tej książki, ona także nie narzekała. Czterdziestoletnia kobieta czytała "Zmierzch" i uważała go za dobry, więc dlaczego obecnie słyszymy na tę książkę tyle negatywnych opinii? Myślę, że to ze względu na rozwój literatury. Obecnie mamy do wyboru od koloru historii o wampirach, zakazanej miłości i dojrzewaniu - wtedy ta książka była czymś innym, więc nikt nie mógł porównać jej do innego tytułu. Ona była i stała się światowym megabestsellerem to coś oznacza, prawda?

    Bohaterowie, których obecnie uważam za typowych i bardzo przewidywalnych, wtedy zachwycali mnie swoją prawdziwością. Nie dostrzegałam wymuszonych reakcji Belli i jej denerwującego sposobu bycia. Edward był idealny, dzięki swojej tajemniczości. Żadna z postaci nie wydawała mi się wtedy płaska i jakby za bardzo zaplanowana. Wszystkie ich reakcje obecnie są dla mnie przewidywalne.

   Co do samej historii i wątku miłosnego, tutaj muszę przyznać rację hejterom - przewidywalna, przesłodzona i czasami nudnawa. Nic więcej nie mogę o niej napisać, po prostu nie ma o czym i kropka.

   "Zmierzch" pióra Stephenie Mayer stoi dumnie na jednej z moich półek i mimo upływu lat nadal wygląda dobrze. Kiedyś nie rozumiałam sensu okładki, lecz teraz jest to rzecz, która jest bardzo dobrym zwieńczeniem historii. Białe ręce symbolizujące wampira, a w nich czerwone jabłko - człowiek. Wszystko to na tle klasycznej czerni prezentuje się mrocznie i cieszy oko. Dodatkowo tekst napisany jest niemęczącą oka czcionką, a wydawnictwo zadbało o naturę i nie marnując kartek na oddzielanie rozdziałów czystą kartką lub zaczynania go na nowej stronie co jest moim zdaniem wielkim plusem.

   Styl autorki, moim zdaniem, jest dobry i lekki. Spotkałam się z wieloma książkami, które napisane były beznadziejnie. Tutaj jakość przewyższa nad treścią. Czy to dobrze? Można by było o tym podyskutować do czego zapraszam w sekcji komentarzy!

   Podsumowując, "Zmierzch" nie jest książką ani koszmarną ani wspaniałą. Jest czymś pomiędzy, czymś dobrym. Bohaterowie mogą denerwować, lecz historia, moim zdaniem, nie jest koszmarna, czasami wręcz ciekawa. Nie rozumiem ogromnej fali negatywnych opinii. To prawda,"Zmierzch" nie jest doskonałą książką, lecz moim zdaniem niektórzy zapominają w jakich czasach dla literatury młodzieżowej została ona napisana i, że owe czasy różnią się od tych obecnych, w których zakazana miłość to chleb powszedni.

"Śmierć jest łatwa, prosta, życie jest trudniejsze."



Moja ocena: 5/10




Aelin, 27 paździenika 2016

niedziela, 8 maja 2016

1. Sarah J. Mass - Dwór cierni i róż










Tytuł: Dwór cierni i róż (A Court Of Thorns And Roses)
Autor: Sarah J. Mass
Ilość stron: 524
Data wydania: 27 kwietnia 2016
Wydawnictwo: Uroboros
Tłumaczenie: Jakub Radzimiński










    Jestem świeżo po zakończeniu lektury Dworu cierni i róż pióra Sarah J. Mass, z którą pierwszy zetknęłam się jakieś dwa lata temu, kiedy to do moich łapek dostał się Szklany tron. Nie ukrywam, że gdy tylko zobaczyłam ACOTAR w preorderze zamówiłam ją od razu. Był to totalny zakup w ciemno, nie czytałam recenzji, polegałam na samym opisie i autorce. Czy zawiodłam się? Czy żałuję? Zdecydowanie nie! Zapraszam do lektury mojej recenzji.

    Świat, który podzielony jest murem na ziemię ludzi i Fae nie jest lekki dla śmiertelników, a Feyra  przekonała się o tym na własnej skórze. Jest dziewiętnastoletnią dziewczyną, żyjącą w niewielkiej chatce wraz z dwoma siostrami i ojcem - kaleką. Na łożu śmierci obiecała matce opiekować się rodziną, co stało się jej celem, kiedy zbankrutowali i zostali zmuszeni do zmiany swojego życia. Z rezydencji przenieśli się do chaty, przez brak pieniędzy głodowali i żyli w nędzy... Feyra związana obietnicą zaczęła polować, aby utrzymać rodzinę przy życiu. Pewnego zimowego dnia, dziewczyna zapuszczając się niebezpiecznie daleko w las podczas poszukiwania zwierzyny, zauważa łanię. Zaraz później pojawia się wilk. Mając świadomość tego, że zwierze może okazać się Fae, dziewczyna zabija je jesionową strzałą - bez żalu, przepełniona nienawiścią. Nie mogła wiedzieć, że ta decyzja zmieni jej życie na zawsze, że przez to zostanie wplątana w intrygę. Wkrótce w drzwiach jej chaty staje złowroga bestia - pochodzący z wysokiego rodu Tamlin. Żąda zadośćuczynienia za zabicie jego przyjaciela. Feyra ma wybór - śmierć w nierównej walce lub udanie się z chłopakiem do Prythianu, krainy zamieszkałej przez Fae i zostanie tam do końca swoich dni. 
    Pozornie dzieli ich wszystko, lecz w praktyce okazuje się inaczej. Nienawiść - uczucie tak silne jest praktycznie niemożliwe do zwalczenia. Czy Feyra pogodzi się ze swoim losem? Czy będzie w stanie pokonać swój strach i niechęć?

    Mamy tutaj do czynienia z połączeniem baśni pt. "Piękna i Bestia" oraz świata nieśmiertelnych i niebezpiecznych istot. Mimo że każdy zna utwór, na którym bazowano tę powieść, pomysł Sarah J. Mass zaskakuje. Wątki, które są delikatnie i umiejętnie przeplatane nie przytłaczają. Zaś bohaterowie! Każdy z nich intryguje nas swoją historią, którą poznajemy powoli na kartach książki. Jednak czuję pewien niedosyt. Feyra, mimo tego, że jest główną bohaterką, była dla mnie najmniej ciekawą postacią. Ogólnie wszyscy ludzie, występujący w tej historii zdają się zbyt prości w porównaniu do Fae, których dzieje są niesamowicie rozwinięte i tworzą doskonałe tło dla powieści. Sama główna bohaterka jest jedną z postaci, które mają niewykorzystany potencjał i choć pod koniec zdenerwowała mnie jej głupota (ta zagadka była TAK PROSTA!). Podoba mi się, że nie jest kolejną dziewczyną użalającą się przez całą książkę nad swoim losem, więc mam nadzieję, że w kolejnej części nie straci swojej hardości i humoru.
    Moje serce podbiło kilka postaci: Lucian, Rhysand, Amarantha i Tamlin. Każdy z nich to Fae.
Zacznę od Luciana, który jest "posłańcem" Tamlina. Jego poczucie humoru i próby maskowania niechęci do Feyry wywoływały lekki uśmiech na mojej twarzy. Historia, która kryje się za tą postacią, jest tragiczna, lecz nadaje mu wyrazu i uzasadnia wszystkie jego wybryki. 
    Przejdźmy do Rhysanda... Księcia Dworu Nocy...Nie mogę powiedzieć, że od początku go lubiłam, ponieważ moje serce biło i bije nadal dla Tamlina. Jednak kiedy spotykamy się z nim ponownie i powoli go poznajemy... Zauważamy, że to kolejna intrygująca postać, która niestety jest tylko tą drugoplanową. Jego tajemniczość, mroczność, a przede wszystkim urok opisany w tej książce podbił moje serce. Kiedy skończyłam Dwór cierni i róż od razu przeczytałam opis kontynuacji. Cieszę się więc, że będzie w niej więcej Rhysanda! 
    Amarantha to czarny charakter w tej powieści.  Z niesamowitym tłem. Wojowniczka, która znienawidziła ludzi przez historię z jej siostrą Clythią. Nie będę kłamała - nienawidzę ją całym moim sercem i bardzo cieszą się z obrotu spraw, jednak jest to zdecydowanie postać warta uwagi, obok której nie można przejść obojętnie. 
     Tamlin... Nie wiem, dlaczego wiele osób go nie lubi. Może dlatego, że zostajemy zasypywani wręcz Tamem. Jednak nie można się za to złościć, w końcu to jedna z najważniejszych postaci. I jak pod koniec książki, jego blask przygasa, tak na samym początku zostałam wręcz nim oślepiona.

    To jak Sarah. J. Mass napisała swoją powieść, było jak dla mnie dobrym wyborem. Widać w niej umiejętności autorki oraz to jak bardzo przyłożyła się do powieści. Tym razem nie zauważyłam niedociągnięć tak jak w Szklanym tronie, Wszystko łączyło się ze sobą w logiczną całość, grało ze sobą idealnie. Opisy, które zastosowała, nadały klimatu i sprawiły, że Prythian stał się w mojej głowie niemal rzeczywistym obrazem. Zostałam wessana w historię tak bardzo, że poczułam aż lekkiego kaca książkowego, gdy przeczytałam ostatnie słowa.

    Och te ostatnie słowa, to głównie one zasiały we mnie niepewność dotyczącą kolejnej części. Feyra po tym wszystkim, co przeszła przestała być tak twarda, można by wręcz powiedzieć, że załamała się po prostu dziewczyna - trudno się nie zdziwić. Mam obawy, że dziewczyna będzie taką kaleką życiową, w jaką przeistaczają się niektóre bohaterki innych książek. Błagam, nie psujcie Feyry! 

    Podsumowując, Sarah J. Mass po raz kolejny stworzyła powieść, w której aż kipi od magii, tajemnicy, namiętności, baśniowości i strachu. Czytając, wchodzimy do świata pełnego mroku i tajemnic, do świata, z którego nie chcemy wyjść. Przeżywamy wszystko wraz z Feyrą. Książka jest pełna akcji, nie mam momentu, w którym nie dzieje się nic. Pędzimy, przerzucamy kolejne strony, aby z uśmiechem i w moim przypadku łzami w oczach przeczytać ostatnie zdanie. Nie spodziewamy się wydarzeń, które następują po sobie. Czasami jednak, gdy rozwiązanie zaświta nam w głowie, nie mamy czasu, aby się nad nim zastanowić, ponieważ autorka wrzuca nas w wir wydarzeń, przez które zapominamy o naszych podejrzeniach. Dwór cierni i róż hipnotyzuje, zatrzaskuje nas w swoich objęciach i nie pozwala uciec. Polecam tę książkę każdemu, kto chce oderwać się od rzeczywistości, każdemu, kto ma dość banalnych rozwiązań, każdemu, kto uwielbia zanurzyć się w fantastykę i stracić przez nią wiele godzin. Czeka Cię sprawdzian? Sesja? A może po prostu czekasz na kogoś? Jeśli tak, nie sięgaj po tę książkę, póki nie załatwisz tych wszystkich spraw, ponieważ Dwór cierni i róż porwie cię do Prythianu i nie wypuści, dopóki nie przeczytasz ostatniej kropki.

Moja ocena: 9/10

"I choć każdy cios mój góry kruszyć by pozwolił,
Gdy zabijam, robię to bardzo powoli..."


Aelin 8 maj 2016