Pokazywanie postów oznaczonych etykietą recenzja. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą recenzja. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 22 sierpnia 2017

14) Dominika Olbrych - Biała










Tytuł: Biała
Autor: Dominika Olbrych
Liczba stron: 354
Data wydania: 23 stycznia 2017
Wydawnictwo: Oficynka













   Czy kiedykolwiek zastanawiałeś się, drogi czytelniku, jak to jest żyć czując ciągłą presję? Nieustanne uczucie, że ktoś na Ciebie liczy, że los ludzi leży w Twoich rękach... A jedynym sposobem by z tym żyć, jest dalsze trwanie w kłamstwie, które to wszystko wywołało... Jakbyś się poczuł? Co byś zrobił?

   „Biała” autorstwa Dominiki Olbrych to powieść, która połyka czytelnika. Opowiada ona o dziewczynie, która zostaje wciągnięta w wir nieuchronnych zdarzeń, a jej jedyną nadzieją jest brnięcie coraz głębiej i stawienie czoła przeciwnościom. W świecie Heliasu raz na wiele tysięcy lat pojawia się Wybraniec, od którego zależy los całej krainy. Nękana przez Złych pod wodzą Rejgasa, czeka na wybawienie. Przez zbieg okoliczności jej los leży w rękach Simii, która również wyróżnia się pośród innych ludzi i tak jak Wybraniec jest wyjątkowa. Ich drogi przecinają się ze sobą w niespodziewany sposób. Dziewczyna zgadza się kłamać dla niego i tak zaczyna się cała opowieść. Czy tej dwójce uda się przeciwstawić siłom zła? Czy będą w stanie postawić dobro Haliasu wyżej niż dobro najbliższych? Odpowiedzi na te pytania znajdziecie w pierwszym tomie sagi autorstwa Dominiki Olbrych!

   Autorka prezentuje nam świat pełen magii. Mieszkańcy Heliasanu to ludzie obdarzeni mocą, każdy z nich ma wyjątkowy dar. Jednak nie Simia, piękna dziewczyna, która nie posiada ani krzty magii, co czyni ją jedyną w swoim rodzaju istotą zwaną Białą. Musi ona ukrywać to kim jest, ponieważ obawia się reakcji innych ludzi. Po spotkaniu z Wybrańcem zaczyna rozumieć swoją rolę w otaczającym ją świecie. Wir zdarzeń zaprowadza ją w nieznane miejsca, w których kryją się kolejni wrogowie.

   Bohaterowie wykreowani przez Dominikę Olbrych są ciekawi, jednak nie porywający. Przez całą książkę czułam się zagubiona, ponieważ nie widziałam powodów ich zachowań. Raz robili coś co doskonale pasowało do ich charakteru, by zaraz później zrobić coś nieoczekiwanego bez najmniejszego uargumentowania.

   Dominika Olbrych miała genialny pomysł na fabułę, a wykreowany przez nią świat po prostu mnie zauroczył. Jedyne czego mi tutaj zabrakło to więcej opisów samej natury i przeżyć postaci. To prawda, mieliśmy tutaj opisane rozterki Simii, lecz były to pojedyncze zdania, które czasami nikły w całym tekście. Brakowało opisu mimiki, takiego dopełnienia postaci. Czułam się, jakby autorka po prostu ich nie dopieściła przez co czasami wydawały mi się płaskie i jednowymiarowe.


   Styl w jakim napisana jest książka pod tytułem „Biała” sprawił, że była to lekka, przyjemna i wciągająca lektura. Jednak często czułam się zdezorientowana. Autorka co jakiś czas przeskakiwała z jednej sceny w kolejną, bez żadnego uprzedzenia. Zmiana scenerii nie była nawet zaznaczona oddzielnym akapitem! Przykładem może być sytuacja, w której to bohaterowie rozmawiają w gospodzie po czym w samym środku dialogu przeskakują na dwór.

„-Czekam na ciebie na ulicy – powiedziała do niego (…) - Tylko pospiesz się, bo nie będę czekać wiecznie.
-Tak jest, mała.
-Naprawdę musiałaś wyjść na ten mróz? - zapytał ją z powątpiewaniem, gdy tylko wystawił głowę za drzwi gospody”

   Takie „błędy” sprawiały, iż miejscami się zniechęcałam, lecz pytania kłębiące się w mojej głowie i ciekawość nie dały mi odłożyć tej książki. Również wątek miłosny sprawił, że sceny, w których występował czytałam z zapartym tchem i wypiekami na twarzy. Jest to zdecydowanie plus, a tej parze mówię zdecydowane TAK!
Sama okładka urzeka i zachęca po sięgnięcie za tę powieść. Wielkim plusem jest słowniczek pojęć na końcu, który ułatwia wgłębienie się w krainę Heliasu.

   Podsumowując „Biała” pióra Dominiki Olbrych to magiczna opowieść o odwadze, miłości i cenie jaką trzeba ponieść za wolność. Autorka powinna skupić się bardziej na kreacji bohaterów oraz przywiązać większą uwagę do stylu i błędów, które wymieniłam powyżej. Moim zdaniem jest to zdecydowanie dobra powieść, a pani Olbrych można wybaczyć te wpadki pod warunkiem, że w kontynuacji zostaną one poprawione. Z niecierpliwością czekam na dalsze losy Simii, Fala i Rosa!



Moja ocena: 7/10


Aelin Ether

poniedziałek, 21 sierpnia 2017

13) Sir Arthur Conan Doyle - Pies Baskerville'ów










Tytuł: Pies Baskerville"ów
Autor: Sir Arthur Conan Doyle
Liczba stron: 180
Data wydania: 14 czerwca 2017
Wydawnictwo: MG











   „Pies Baskerville'ów” to kryminał opowiadający o kolejnym fascynującym śledztwie słynnego detektywa Sherlocka Holmesa i jego prawej ręki doktora Watsona. Będąc wielką fanką i miłośniczką tego niecodziennego detektywa postanowiłam sięgnąć po ten tytuł, pamiętając moje poprzednie spotkanie z opowieściami sir Arthura Conana Doyle'a.
Kryminały od początku porwały moje serce. Od seriali przeszłam do książek i tak, ponad rok temu po raz pierwszy zetknęłam się z dziełem sir Arthura Conana Doyle'a. Widząc wpierw serial o niesamowitym Sherlocku Holmesie miałam jako takie pojęcie i zarys każdej z historii. Wtedy książki nie wzbudziły mojego zachwytu, lecz uznałam je za ciekawe i szybko zapomniałam o pisanych historiach detektywa, który wzbudził mój podziw swoim nietuzinkowym sposobem rozwiązywania zagadek i bystrością. Z radością więc przyjęłam fakt, że dane mi będzie zrecenzować „Psa Baskerville'ów” w nowym wydaniu.

   Zanim przejdę do wnętrza, chciałabym wyrazić swój zachwyt tym nowym wydaniem. Wydawnictwo MG postawiło na prostotę. Okładka przyciąga spojrzenie swoimi ciemnymi kolorami zwiastującymi grozę. Książkę czyta się wygodnie i ze spokojem, bowiem trudno jest zniszczyć to wydanie, dzięki na wpół twardej oprawie. Czcionka zachwyciła mnie i sprawiła, że moje oczy szybko i sprawnie sunęły po tekście.

   Jak to mówią: „Nie oceniaj książki po okładce” toteż po moim zachwycie, gdy tylko odpakowałam ten tytuł postanowiłam odłożyć ją na kilka dni, aby nie troszkę ochłonąć. Zabierając się za nią w jeden z deszczowych dni nie spodziewałam się takiej dawki klimatu, jaka została mi zaserwowana. Wnet zostałam wciągnięta w ciekawą i lekką historię o rodowej klątwie, której sam Sherlock Holmes początkowo nie docenia. Detektywowi zostaje przedstawiona osiemnastowieczna historia rodu Baskerville'ów. Piękna dziewczyna z sąsiedztwa zostaje porwana przez Hugona Baskervilla. Jej udaje się uciec, jednak sam Hugon ginie podczas pościgu. Wtedy też po raz pierwszy widziana jest bestia, która od tamtej pory staje się straszliwym fatum rodu. Wielu Baskerville'ów ginie potem śmiercią gwałtowną i tragiczną, a wszystkim obarczany jest ów pies. Holmes bagatelizuje sprawę, jednak zagrożenie staje się bardziej współczesne, gdy w tajemniczych okolicznościach ginie Charles Baskerville. I tak zaczyna się budząca grozę historia, która potrafi porwać czytelnika i nie wypuścić ze swoich szponów przez długie godziny.

   Narrator – doktor Watson – prowadzi nas w sposób ciekawy poprzez śledztwo. W „Psie Baskerville'ów” dostrzec możemy wielowątkowość. Tajemnica, groza i klimat towarzyszą nam do ostatnich rozdziałów. Książka mimo swojej niewielkiej objętości ukazuje kunszt sir Arthra Conana Doyle'a. Czytelnik zostaje wrzucony w sam środek świata spowitego tajemnicą. Autor doskonale dobiera krajobraz do wydarzeń. Podczas lektury znajdujemy się na omglonych wrzosowiskach czy w ruinach, dodających klimatu grozy całej historii.

   Ciekawym zabiegiem było przesunięcie samego Sherlocka Holmesa na dalszy tor. W „Pisie Baskerville'ów” to doktor Watson odgrywa pierwsze skrzypce wodząc czytelnika za nos. Oczywiście dostajemy tutaj dawkę kultowego już Sherlocka. Nie zabrakło w tej książce błyskotliwości Holmesa, ciekawości Watsona oraz typowej dla kryminałów intrygi. W samej opowieści spotykamy się również z fragmentami listów czy retrospekcjami, które wprowadzają nas coraz głębiej w opisywany świat pełen tajemnic. Jak zwykle zaskoczenie i sposób rozwiązania zagadki zachwycił mnie.


   „Pies Baskerville'ów” to doskonała lekka lektura. Sir Arthur Conan Doyle mistrzowsko zaplanował całą historię. Nie brakuje w niej inteligentnego Sherlocka i charyzmatycznego Watsona. Wznowienie tego tytułu to doskonała okazja do zapoznania się z klasykiem i doświadczenia na własnej skórze kunsztu autora. Wszystkim, którzy tylko słyszeli o Sherlocku Holmesie radzę ją przeczytać, zaś ludzi zapoznanych z tą postacią dzięki serialowi - wyganiam do sklepu bądź biblioteki i rozkazuje zapoznać się z tym tytułem, ponieważ zdecydowanie warto.




Moja ocena: 7/10


Aelin Ether

piątek, 6 stycznia 2017

9) Richelle Mead - Akademia Wampirów








Tytuł: Akademia Wampirów
Autor: Richelle Mead
Cykl: Akademia Wampirów (I)
Liczba stron: 336
Data wydania: 10 lutego 2010
Wydawnictwo: Nasza Księgarnia
Tłumaczenie: Monika Gajdzińska







   Z "Akademią Wampirów" po raz pierwszy do czynienia miałam trzy lata temu, Już wtedy kompletnie wsiąkłam w świat Rose i Lissy. Pamiętam, jak z początkową niechęcią sięgnęłam po ten tytuł. Wampiry? "Kolejna historia typu Zmierzch"- pomyślałam. Jak bardzo mogłam się mylić!

   "Akademia Wampirów" rozpoczyna sześcio-tomowy cykl pod tym samym tytułem. I choć z początku nie byłam do niej przekonana to pochłonęłam cztery części, nawet kilka razy. Czyta się je wszystkie przyjemnie i choć pierwszy tom nie jest moim ulubionym to wspominam go bardzo dobrze. Niedawno miałam przyjemność po raz kolejny przeczytać ten tytuł, a to wszystko za sprawą mojej przyjaciółki, którą serdecznie pozdrawiam, Cudownie było mieć ją ponownie w swoich rękach i przywitać się z Rose, Lissą oraz Dymitrem jak ze starymi znajomymi. Postanowiłam, więc tym razem spojrzeć na nią chłodnym okiem i zrecenzować ją dla Was. 

   Bohaterowie w tej powieści to dobrze wykreowane postacie, których wszystkie cechy poznaje się wraz z biegiem historii. Rose, główna bohaterka, potrafi wybrnąć z każdej sytuacji, a jej cięty język czyni z niej zdecydowanie pozytywną w odbiorze postać. Lissa, najlepsza przyjaciółka Rose i moroj, nie przypadła mi zbytnio do gustu, odbierałam ją zawsze jako płaską i nudną postać. Lissę i Rose łączy więź, która jest niezwykła. Pozwala ona Rose "wniknąć" w ciało Vasilisy i widzieć to samo co mojorka. Podziwiam nie tylko ich magiczną więź, lecz także prawdziwą i dozgonną przyjaźń. 

   Książka jest lekka i przyjemna w odbiorze, lecz nie jest to jakieś wybitne dzieło, nad którym można było by się zachwycać godzinami. Czas przy niej leci szybciej, jednak po odłożeniu książki nie zostałam z nią myślami zbyt długo. Ot, lekka lektura na rozluźnienie. 

   Jednym z minusów, które teraz dostrzegłam jest styl autorki. Wydaje mi się zbyt infantylny, nawet jak na cykl dla młodzieży. Niektóre z dialogów wywoływały u mnie uśmiech. Opisy zaś były z początku ciekawe, jednak po mniej więcej połowie książki większość omijałam. 

   Wątek miłosny w tej powieści zasługuje na uznanie i myślę, że to głównie dzięki niemu nie odłożyłam tej książki po kilkudziesięciu stronach. Pomiędzy tajemnicami, strachem i niepewnością znalazło się miejsce na pożądanie. I właśnie tutaj pojawia się Dymitr, który powala mnie na łopatki za każdym razem. Uwielbiam sposób w jaki ta postać jest wykreowana i przedstawiona. Zaś jego relacje z Rose są czymś co podnosi moją ocenę dla tej książki. Z niecierpliwością czekałam na sceny, w których to zajdzie jakaś interakcja pomiędzy tymi obiema postaciami.

   Podsumowując, "Akademia Wampirów" pióra Richelle Mead jest książką lekką i przyjemną. Spędzony z nią czas nie jest zmarnowanym, Dzięki niej mogłam się zrelaksować i przez chwilę zatopić się w świecie dampirów i morojów oraz zasmakować szczypty niebezpiecznego pożądania. Chodź język i kunszt autorki nie jest specjalnie dobry to powieść ta zdecydowanie zasługuje na szansę.



Moja ocena: 7/10


Aelin, 6 styczeń 2017

niedziela, 20 listopada 2016

7) Susan Dennard - Prawdodziejka









Tytuł: Prawdodziejka (Truthwitch)
Autor: Susan Dennard
Cykl: Czaroziemie
Liczba stron: 391
Data wydania: 12 października 2016
Wydawnictwo: SNQ
Tłumaczenie: Regina Kołek i Maciej Pawlak











" Przypomniała mi dlaczego sięgnęłam po fantastykę: znajdziemy tu niebezpieczny i tętniący życiem świat, bogato nakreślone postaci i olśniewającą intrygę (...) I o ile Susan Dennard oddaje hołd klasyce, to kładzie również podwaliny pod zupełnie nowy rozdział w historii gatunku." 
~~Sarah J. Mass


   "Przyjaźń potrafi być opowieścią mniej epicką od miłości" - takie słowa możemy przeczytać w podziękowaniach znajdujących się na końcu książki debiutującej Susan Dennard. Niezbyt często wspominam o tej części książki, w której autor dziękuje i wymienia nazwiska wielu ludzi, ponieważ rzadko je czytam. Dla "Prawdodziejki" musiałam zrobić wyjątek, ponieważ zauważyłam w niej nazwisko znanej autorki - litery głosiły, że Sarah J. Mass jest bardzo dobrą przyjaciółką pisarki. Wtedy recenzja autorki "Szklanego Tronu" czy "Dworu Cierni i Róż" okazała się uzasadniona, bowiem po przeczytaniu tej książki nie rozumiałam jej sensu. Wcale nie chcę powiedzieć, że "Prawdodziejka" to zła książka, ponieważ dobrze spędziłam czas czytając ów tytuł, jednak zachwyty zawarte w słowach Pani Mass, umieszczone na "skrzydełkach", moim zdaniem są mocno przesadzone. 

   "Prawdodziejka" opowiada o losach Safi i Iseult - młodych czarodziejek, które wpadły w tarapaty. Safiya jest jedyną w Czaroziemiach prawdodziejką, zdolną wykryć każde kłamstwo. Ukrywa ona swoją moc, by nie została wykorzystana. Iseult zaś jest więzodziejką, lecz jej moce są tajemnicą nawet dla niej. Obie są więziosiostrami - połączone przez los, nierozłączne tworzą doskonały duet. Jednak zbliżają się niespokojne czasy, a dziewczyny, które pragnął przede wszystkim wolności muszą uciekać i walczyć o przetrwanie w świecie, który nie jest już tak przyjazny jak kiedyś.

   Tytuł ten przyciągnął moją uwagę nie tylko recenzją na okładce oraz ze względu na opinie Anity z "Book Reviews by Anita", lecz także intrygującą okładką, bardzo dobrze oddającą ducha książki, bowiem centrum, alfą i omegą w niej jest tytułowa prawdodziejka - Safiya fon Hasstrel.  I jak zazwyczaj uwielbiam mocnych bohaterów tak tutaj, Safi mnie irytowała. Zdecydowana, waleczna, ale jednocześnie płaska i nierealistyczna. Autorka starała się stworzyć wielowymiarową postać, podczas gdy stworzyła zwykłą i nudną bohaterkę, która czasami na prawdę potrafi zdenerwować czytelnika. Towarzyszy jej Iseult, jej więziosiostra, rozsądna i spokojna, "beta" w owym duecie. Z nią problem jest identyczny, kolejna nudna postać, która nie jest niczym więcej niż opanowaną, nieznającą swojej mocy dziewczyną z obsesją na punkcie bezpieczeństwa i dobra Safi. 
   Większość postaci w "Prawdodziejce" jest czarna lub biała, bohaterowie nie mają różnych cech - są po prostu źli, dobrzy lub udający złych. W przeciwieństwie do Sarah J. Mass nie widzę tutaj bogato nakreślony bohaterów. Wyjątkiem może być Aedun i Lalkarka, które są moimi ulubionymi razem z Merikiem. Aedun to krwiodziej, który urzekł mnie swoją prawdziwością na tle innych postaci, zaś Lalkarka jest postacią z bardzo ciekawie wykreowaną historią. Gdybym, miała napisać o nich więcej, musiałabym zdradzić sporą część fabuły, a tego chyba nikt nie chce. Wymieniłam jeszcze Merika - postać w miarę zwykłą, lecz z powodu sposobu opisywania jego osoby nie mogę o nim zapomnieć, autorka po prostu sprawia, że czytelnik ulega urokowi księcia i nie chce od niego uciec.

   Jednym z plusów "Prawdodziejki" jest łatwy i przyjemny styl autorki. Książkę czytało mi się na prawdę szybko i przyjemnie. Świat, wymyślony przez Susan Dennard urzekł mnie i wessał. Mamy tutaj do czynienia z niewątpliwie wielką wyobraźnią pisarki, która prezentuje nam miejsce przemyślane i pełne magii, która zaczarowywuje. Barwne opisy zdecydowanie pobudziły moją wyobraźnię. Zwłaszcza opisy walk były bardzo dobrze napisane, prawie słyszałam brzdęk metali i oddechy walczących! Akcja jest szybka i wartka, nie sposób się nudzić - wyjątkiem jest koniec powieści, przez który brnęłam niczym przez smołę. Wtedy zaczyna robić się na prawdę nudno, a autorka wiedząc o tym chce wszystko naprawić nieudolnym zwrotem akcji, który nie wywarł na mnie ogromnego wrażenia.

   Sam pomysł na fabułę był doskonały, lecz jego wykonanie już trochę mniej. W "Prawdodziejce" znajdziemy wiele przeplatających się ze sobą wątków. Jednym z nich jest typowy wątek miłosny, który moim zdaniem jest prawdziwą porażką, ponieważ jest przewidywalny i schematyczny. Oprócz niego możemy zauważyć wątek polityczny, który bardzo mi się spodobał i wolałabym żeby był bardziej rozbudowany. Wiele wątków zostało uciętych, nie wiem czy pojawiają się w następnej części, więc nie uznaję tego za minus - być może było to zaplanowane działanie, które miało na celu zachęcenie do poznania dalszych losów bohaterów. Intryg nie było zbyt wiele co mnie zasmuciło, jednak opisy dziejów Czaroziemi mnie zachwycił. Powieść jest przewidywalna, lecz nie zniechęcało mnie to do dalszego czytania. Jak już wcześniej wspomniałam autorka próbowała zastosować zwrot akcji, jednak zrobiła to trochę nieudolnie i marnie jej to wyszło. Nie wiem czy to dlatego, że przeczytałam wiele książek z gatunku fantasy, czy też przez brak doświadczenia pisarki co zdecydowanie odbiło się na jakości treści.


   Podsumowując, "Prawdodziejka" pióra Susan Dennard jest dobrą i lekką lekturą na długie jesienno-zimowe wieczory, Klimat w niej panujący, urzeka i wywołuje uśmiech na twarzy. Styl autorki jest przyjemny, świat doskonale wykreowany. Minusem jest przewidywalność i zdecydowanie szablonowi bohaterowie, którzy czasami potrafią zdenerwować. Niedokończone wątki i romans uznam za neutralne punkty, które ani nie podwyższają, ani nie zaniżają oceny. Opisy przyrody i walk przenoszą czytelnika w zupełnie nowy świat pełen magii i walki o przetrwanie. Zdecydowanie jest to książka, którą warto przeczytać, chociażby dla wyrobienia sobie własnej opinii, zaznajomienia się z tym niezwykłym światem oraz spędzenia przyjemnych chwil z Safi, Iseult oraz Merikiem. Czekam na kontynuację, mając nadzieję, że debiut nauczył czegoś Susan Dennard, a jej dobra przyjaciółka Sarah J. Mass udzieliła jej pewnych wskazówek sprawiając, że kontynuacja powali mnie na kolana!






Moja ocena: 7/10

Aelin, 20 listopada 2016

czwartek, 27 października 2016

6) Stephenie Meyer - Zmierzch











Tytuł: Zmierzch (Twilight)
Autor: Stephenie Meyer
Saga Zmierzch
Ilość stron: 414
Data wydania: 2007 rok
Wydawnictwo: Wydawnictwo Dolnośląskie
Tłumaczenie: Joanna Urban








   Trzymając w ręce "Zmierzch" chęć ponownego wgłębienie się w ten świat, tym razem jako trochę starsza osoba, o innym poglądzie na pewne aspekty. Saga "Zmierzch" nieodparcie kojarzy mi się z moimi czytelniczymi początkami i bolą mnie wszechobecne hejty na tą historię, która co prawda nie jest doskonała, ale również nie taka tragiczna jak malują ją inni. Nie przeczytałam tej książki ponownie, ponieważ chciałam zachować sobie obraz tego, jak ją odbierałam dobre siedem lat temu, a byłam wtedy jeszcze dzieckiem. Dzisiejsza recenzja będzie trochę inna, ponieważ będzie ona opisem emocji dziewięciolatki jaką wtedy byłam oraz obecnym spojrzeniem na bohaterów i wydarzenia rozgrywające się w "Zmierzchu"

   Pamiętam jak czytałam ją z zapartym tchem, jak fascynowała mnie więź pomiędzy bohaterami. Zakazana miłość, problemy, dorastanie, wampiry... Byłam zaczarowana. W tej historii nie dostrzegałam, żadnych wad, podkreślam ŻADNYCH. Zmusiłam nawet moją ciocię do przeczytania tej książki, ona także nie narzekała. Czterdziestoletnia kobieta czytała "Zmierzch" i uważała go za dobry, więc dlaczego obecnie słyszymy na tę książkę tyle negatywnych opinii? Myślę, że to ze względu na rozwój literatury. Obecnie mamy do wyboru od koloru historii o wampirach, zakazanej miłości i dojrzewaniu - wtedy ta książka była czymś innym, więc nikt nie mógł porównać jej do innego tytułu. Ona była i stała się światowym megabestsellerem to coś oznacza, prawda?

    Bohaterowie, których obecnie uważam za typowych i bardzo przewidywalnych, wtedy zachwycali mnie swoją prawdziwością. Nie dostrzegałam wymuszonych reakcji Belli i jej denerwującego sposobu bycia. Edward był idealny, dzięki swojej tajemniczości. Żadna z postaci nie wydawała mi się wtedy płaska i jakby za bardzo zaplanowana. Wszystkie ich reakcje obecnie są dla mnie przewidywalne.

   Co do samej historii i wątku miłosnego, tutaj muszę przyznać rację hejterom - przewidywalna, przesłodzona i czasami nudnawa. Nic więcej nie mogę o niej napisać, po prostu nie ma o czym i kropka.

   "Zmierzch" pióra Stephenie Mayer stoi dumnie na jednej z moich półek i mimo upływu lat nadal wygląda dobrze. Kiedyś nie rozumiałam sensu okładki, lecz teraz jest to rzecz, która jest bardzo dobrym zwieńczeniem historii. Białe ręce symbolizujące wampira, a w nich czerwone jabłko - człowiek. Wszystko to na tle klasycznej czerni prezentuje się mrocznie i cieszy oko. Dodatkowo tekst napisany jest niemęczącą oka czcionką, a wydawnictwo zadbało o naturę i nie marnując kartek na oddzielanie rozdziałów czystą kartką lub zaczynania go na nowej stronie co jest moim zdaniem wielkim plusem.

   Styl autorki, moim zdaniem, jest dobry i lekki. Spotkałam się z wieloma książkami, które napisane były beznadziejnie. Tutaj jakość przewyższa nad treścią. Czy to dobrze? Można by było o tym podyskutować do czego zapraszam w sekcji komentarzy!

   Podsumowując, "Zmierzch" nie jest książką ani koszmarną ani wspaniałą. Jest czymś pomiędzy, czymś dobrym. Bohaterowie mogą denerwować, lecz historia, moim zdaniem, nie jest koszmarna, czasami wręcz ciekawa. Nie rozumiem ogromnej fali negatywnych opinii. To prawda,"Zmierzch" nie jest doskonałą książką, lecz moim zdaniem niektórzy zapominają w jakich czasach dla literatury młodzieżowej została ona napisana i, że owe czasy różnią się od tych obecnych, w których zakazana miłość to chleb powszedni.

"Śmierć jest łatwa, prosta, życie jest trudniejsze."



Moja ocena: 5/10




Aelin, 27 paździenika 2016

5) Michael Grant - Posłaniec Strachu









Tytuł: Posłaniec Strachu ( Messenger Of Fear)
Autor: Michael Grant
Cykl: Posłaniec Strachu
Ilość stron: 448
Data wydania: październik 2015
Wydawnictwo: Jaguar
Tłumaczenie: Natalia Mętrak-Ruda









   "Posłaniec Strachu" to książka autorstwa Michaela Granta, autora znanego przede wszystkim z serii GONE, której nie przeczytałam. Próbowałam to zrobić, jednak nie przebrnęłam dosłownie przez pierwszą stronę. Kupiłam ją nie patrząc na autora, sam tytuł i opis wywarł na mnie wrażenie. Pomyślałam: "może jednak warto zaryzykować?" I to ryzyko było wielkie, ponieważ zapłaciłam za tę książkę sporo, a patrząc z perspektywy GONE nie wróżyłam sobie powodzenia. Stwierdziłam, że najwyżej oddam ją do biblioteki, jednak po przeczytaniu z uśmiechem odłożyłam ją na półkę. Panie Grant, gratuluje wymyślenia czegoś innego i ciekawego!

   Książka opowiada o dziewczynie, która budzi się pośród żółtej mgły i nie pamięta nic oprócz swojego imienia brzmiącego Mara. Spotyka ona tytułowego Posłańca Strachu, który pokazuje jej samobójstwo pewnej dziewczyny - Samanthy Early oraz inne mroczne sceny. Następnie przedstawia jej się i wyjaśnia przyczyny jej amnezji i obecnego położenia. Ponieważ Mara zrobiła coś złego musi ponieść karę, zostanie następczynią Posłańca Śmierci. Jej zadaniem jest przyglądanie się swojemu mentorowi podczas wykonywania pracy i nauczeniu się wszystkiego. Tak rozpoczyna się ta historia.

   "Posłaniec Śmierci" urzekł mnie swoją tematyką. Jeszcze nigdy nie czytałam książki poruszającej w ten sposób motyw winy i kary. Posłaniec Strachu przychodzi do bohaterów, którzy zrobili coś złego. Przykładem kary jest wezwanie Mistrza Gry, który jest zdecydowanie jedną z najstraszniejszych postaci w tej powieści. Proponuje on grę, jeśli wygrasz - idziesz wolny, jeśli nie  musisz zmierzyć się z tym czego obawiasz się najbardziej. Wydaje się to proste, prawda? Otóż wcale takie nie jest. Gra jest sama w sobie przerażająca i nawet jeśli się wygra - będzie nauczką do końca życia. 

   Jak w każdej młodzieżówce, pojawia się tu wątek miłosny. Ten jest jednym z takich, które zapadają na jakiś czas w pamięć. Ciekawy, lecz od początku możemy przewidzieć między kim wystąpi (pewnie już wiecie, prawda?) Jednak nie kończy się tak jak myślimy, a bohaterowie po połowie nie skaczą sobie w ramiona.

   Powieść posiada również przesłanie, które mnie osobiście skłoniło do refleksji na temat mojego postępowania. Jeśli ktoś potrafi wgłębić się w książkę to na pewno znajdzie wiele sytuacji, w których sam brał udział. Pokazuje jak łatwo jest czynić zło i jak niewiele potrzeba by wydarzyła się w naszym życiu jakaś tragedia.

   Wielkim plusem "Posłańca Śmierci" są bohaterowie. Mara nie jest wyidealizowaną postacią, która nie wie czego chce. Jest zdecydowana, nie boi się okazywać uczuć i nie ukrywa strachu. Wręcz przeciwnie, stawia mu czoła i chce go zwalczyć. Tytułowy bohater urzekł mnie tym w jaki sposób został opisany, jest on tak wyraźnie nakreślony, że po pół roku od przeczytania tej książki, nadal go pamiętam. Jest tajemniczy, przez co wciągamy się w historię, chcąc poznać go lepiej. Michael Grant bardzo dobrze to sobie zaplanował. W powieści pojawia się dużo postaci, które zapadają w pamięć. Książkę czytałam, gdzieś w marcu tego roku, a pamiętam minimum osiem postaci, myślę, że to dobry wynik. 

   Styl autora jest zdecydowanie przyjemny, lecz muszę się do czegoś przyczepić. Zabrakło mi w tej książce opisów. Jestem osobą kochającą wyobrażać sobie wszystko to co czyta, wczuwam się w książkę i jej historię, jednak tutaj nie mogłam tego zrobić, bo jak niby mam wyobrazić sobie miejsce, gdzie przebywa Mara oraz Posłaniec skoro nie ma żadnego opisu? Dla mnie to miejsce było czarną, denerwującą dziurą. Przyznam się szczerze, przez to, że nie mogłam wyobrazić sobie scenerii często pomijałam  kilka linijek przechodząc od razu do dialogów. Z drugiej strony mamy tutaj dużo opisu postaci co moim zdaniem jest dobrym zabiegiem, ponieważ bardziej poznajemy motywy ich działań, jednak momentami są one przydługie i po prostu męczą.


   






   Warto też wspomnieć, że w Polskim wydaniu mamy od razu dwie części i dodatek. Pierwsza zatytułowana jest zupełnie tak samo jak książka i jest bardzo dobrym wprowadzeniem do świata wykreowanego przez autora, zaś druga część nosi tytuł "Serce w tatuażach" i przybliża nam pracę Posłańców Strachu. Książkę zwieńcza króciutka część zatytułowana "Wąż", która szczerze powiedziawszy nie zaciekawiła mnie i nie przypadła mi do gustu.




   







   Podsumowując, "Posłaniec Strachu" jest książką dobrą i przyjemną do czytania. Historia w niej zawarta porusza w inny sposób motyw winy i kary, skłania nas do przemyśleń. Nieszablonowość powieści i postacie to jej największe atuty. Trzyma w napięciu, jednak momentami jest przewidywalna, a niektóre opisy zanudzają. Jednak mimo tych wad czyta się ją szybko i zdecydowanie czas spędzony z nią zapamiętuje się jako dobrze spędzone chwile. Jest to inteligenta, wciągająca i zaskakująca lektura idealna na jesienne czy zimowe wieczory.


"Poczucie winy jest pasożytem, robalem, który rośnie i rośnie, karmiąc się każdą sekundą ulotnej radości. Kiedy się śmiejesz, wymierza cios. Kiedy zachwycasz się pięknem, okazujesz czułość, doświadczasz radości - kłuje cię. Przypomina ci, że zrobiłeś coś i nie zasługujesz na szczęście."



Moja ocena: 7/10



Aelin
27 października 2016

poniedziałek, 24 października 2016

4) Collen Hoover - Maybe Someday









Tytuł: Maybe Someday
Autor: Collen Hoover
Cykl: Maybe
Ilość stron: 363 (+15)
Data wydania: 13 maj 2015
Wydawnictwo: Otwarte
Tłumaczenie: Piotr Grzegorzewski









   "Maybe Someday" to kolejna powieść, z którą zwlekałam. Bałam się, że to kolejny, typowy romans. Pierwszą książką Collen Hoover, którą przeczytałam było "Hopeless". Uznałam ją za lekką i bardzo wciągającą. Jednak nie zachwycałam się nią zbytnio, była po prostu dobra. Kupując "Maybe Someday" nie spodziewałam się takiej historii. Czytałam ją kilka ładnych miesięcy temu, a jednak nadal ją doskonale pamiętam. Wywarła na mnie niesamowite wrażenie, sprawiła, że zakochałam się w kolejnej książkowej postaci i otworzyła mi oczy na kolejny odcień miłości.

   Zakupiłam ową powieść całkiem w ciemno i tego samego dnia zasiadłam i zatopiłam się w historii, którą Collen Hoover chciała przekazać czytelnikowi. Książki nie odłożyłam dopóki nie przeczytałam ostatniego zdania ze łzami w oczach.

   Pierwsze co musicie wiedzieć o "Maybe Someday" jest to, że to nie tylko książka. To eksperyment, pewnego rodzaju projekt, który autorka przygotowała ze wspaniałym piosenkarzem Griffinem Petersonem, którego głos pokochałam od pierwszego usłyszenia. Stworzyli oni ścieżkę dźwiękową, która towarzyszy historii rozgrywanej na kartach tej powieści. Po zeskanowaniu kodu podanego na jednej z pierwszych stron książki, zostajemy przeniesieni na stronę ze soundtrackiem. Jak sama autorka oraz jej współpracownik napisali : " Najlepiej słuchać piosenek wtedy, gdy ich teksty pojawiają się w książce." To co przygotowali razem, jest cudownym dopełnieniem książki i moim zdaniem bez tych piosenek, czytanie tej historii nie byłoby tak wspaniałym i emocjonującym przeżyciem jakim jest. Muzyka i słowa doskonale oddają ducha tej książki oraz ich głównych bohaterów. Pisząc tę recenzję słucham jeszcze raz tego co dla nas przygotowali i ogarnia mnie chęć ponownego zapoznania się z opowieścią Hoover ( zresztą jak zawszę, gdy myślę o tej książce)

   Powieść pisana jest z dwóch perspektyw: perspektywy Sydney i Ridge'a, czyli głównych bohaterów. On, gra na gitarze, ale jego utworom brakuje tekstów. Ona, ma poukładane, spokojne życie : studiuje, pracuje, jest w stabilnym związku. Jednak jak to w życiu bywa - wszystko rozpada się na kawałki w ciągu chwili. Bohaterowie poznają się dość nietypowo. Sydney codziennie słucha jak Ridge gra na gitarze, siedząc na balkonie naprzeciwko. Muzyka ujmuje dziewczynę, więc ta codziennie wychodzi na balkon, aby podsłuchać jak chłopak ćwiczy i pośpiewać do jego utworów. Gdy ten zauważa dziewczynę śpiewającą do jego muzyki, postanawia nawiązać z nią kontakt. Przed codziennym "występem" chłopak pisze na kartce swój numer, pokazuje go dziewczynie, lecz gdy ta nie rusza się z miejsca, dopisuje, że ma do niej pytanie. Po wielu prośbach dziewczyna zgadza się wysłać mu jeden z tekstów, które napisała słuchając tego jak gra. Jednak nagle w życiu dziewczyny zdarza się coś, przez co jest zmuszona wynająć mieszkanie u Ridge'a i tak zaczyna się ich historia.

   Wątek miłosny w tej książce jest od razu zauważalny, wiemy pomiędzy kim nastąpi i spodziewamy się jak będzie przebiegał. Jednak nie wiemy o jednej bardzo ważnej informacji, która wywróci nasze przypuszczenia. To nie jest typowa historia i będę to podkreślała w kółko. Przeczytałam wiele książek w swoim życiu, jednak ta zaskoczyła mnie niesamowicie i stała się jedną z moich ulubionych. Collen Hoover doskonale oddaje uczucia, sprawiając, że i my czujemy to co bohaterowie. Dodatkowo piosenki, o których wspomniałam... Teksty we "właściwej" książce są po angielsku, jednak na końcu polskiego wydania znajdziemy ich tłumaczenie, dla tych, którzy niezbyt znają język angielski. To te teksty odgrywają kluczowe znaczenie, dzięki nim poznajemy prawdziwe uczucia bohaterów.

   Książka opowiada również o tym jak czasami musimy przełożyć czyjeś szczęście nad swoim. Mówi nam o walce, chęci życia, szczęściu, niezłomności i uczuciu, które zdaje się jednocześnie właściwe i niewłaściwe. Bohaterowie są bardzo dobrze wykreowani, prawdziwi. Zakochałam się w Ridge, który jest moim zdaniem najlepiej wykreowaną postacią. Jego niezłomność, troskliwość i inteligencja ujęła mnie i pewnie nie tylko mnie. Dzięki niemu do swojego ideału chłopaka dodałam umiejętność grania na gitarze.

   "Maybe Someday" jest książką chwytającą za serce. Porusza, uczy, bawi. Ostatnie rozdziały czytałam ze łzami w oczach. Jej plusem jest zdecydowanie soundtrack oraz sama historia, którą ma do przekazania. Myślę, że idealnym podsumowaniem jest zdanie, które znajduje się z tyłu książki, a brzmi ono tak: " Maybe Someday to opowieść o ludziach rozdartych między 'może kiedyś', a 'właśnie teraz' , o emocjach ukrytych między słowami i o muzyce, którą czuje się całym ciałem. "



"...ludzie nie wybierają, w kim się zakochują. Mogą jedynie wybrać, kogo dalej będą kochać."


Moja ocena : 10/10



Aelin 24 października 2016

środa, 11 maja 2016

3. Robin LaFevers - Mroczny triumf Jego Nadobna Zabójczyni II










Tytuł: Mroczny triumf 
Autor: Robin LaFevers
Seria: Jego Nadobna Zabójczyni
Część: II
Ilość stron: 499
Data wydania: 25 kwietnia 2014
Wydawnictwo: Fabryka Słów
Tłumaczenie: Dominika Bogucka










    Przyznam, że po lekturze "Posępnej litości" byłam bardzo ciekawa kontynuacji. Zastanawiało mnie to, jak dalej potoczą się losy Ismae i Gavriela. Jednak "Mroczny triumf" przytacza opowieść zupełnie innej osoby, którą mieliśmy okazję poznać wcześniej...

    Sybella, która jest główną bohaterką tej powieści, to bezwzględna zabójczyni. Przeszłość, o której jak się okazuje, nie może zapomnieć, sprawiła, że dziewczyna nie zna litości. Szukając zemsty, znajduje coś o wiele cenniejszego.

    Opis jest krótki - to fakt. Jednak nie potrafię opisać fabuły tej książki, nie zdradzając najważniejszych informacji, bo ten tytuł jest inny niż poprzednia część. Poznajemy w niej mroczniejszą część Bretanii, a także człowieka - w tym wypadku dziewczyny. Jak w "Posępnej litośc"i uważałam Sybellię za obłąkaną, tak po lekturze "Mrocznego triumfu" poznałam przyczynę jej zachowania,a przede wszystkim powagę jej misji. Autorka namieszała w życiu dziewczyny tak bardzo, aż zaczęłam się bać tego, że nie uda jej się wybrnąć z tych wszystkich dziwnych sytuacji. Jednak fabuła rozwija się szybko i wraz z nią wszystkie problemy rozwiązują się. W poprzedniej części najważniejszym wątkiem był polityczny spór, tutaj zaś jest to walka Sybelli ze samą sobą, z tym, co ją tworzy, czyli przeszłością. Problemy bohaterki czasem wręcz przytłaczają, jednak wszystko ratuje wątek miłosny, którego najmniej się spodziewałam. Robin LaFavers nie szczędzi nam opisów walk. Niemal słyszymy szczęk broni, czujemy zapach krwi... Wydanie jak zwykle zachwyca, za co możemy podziękować "Fabryce Słów"!

    Wyobraźnia autorki zaskakuje. Jednak jak "Posępną litość" czytałam z wypiekami na twarzy tak "Mroczny triumf" nie zachwycił mnie tak bardzo. Książka jest dobra, jednak gdyby porównywać obie powieści... Pierwsza część zwycięży. Zabrakło mi tutaj intryg i polityki. Robin LaFevers skupiła się bardziej na samej bohaterce niż na historii, którą przedstawiła nam w pierwszej części. Może niektórym pasuje taka zmiana, jednak mnie w pierwszej części urzekła niebanalna fabuła i tło. Polityka, zabójstwa, spiski... To wszystko sprawiło, że pokochałam serię "Jego Nadobna Zabójczyni". Niestety w tej części tego zabrakło. Tak odłożyłam "Mroczny triumf" na dwa tygodnie, aby nabrać dystansu. Kiedy ochłonęłam, postanowiłam potraktować tę książkę jako osobną, związaną z "Posępną litością" tylko kilkoma bohaterami. I tak w końcu się wkręciłam, zwłaszcza po pojawieniu się Bestii. I od tego momentu byłam w stanie zapomnieć o Ismae.

    Postać Sybelli nie jest intrygująca. Wszystkie jej zachowania uzasadnione są przeszłością, więc główna bohaterka i jednocześnie narratorka nie wyróżniałaby się niczym, gdyby nie pewien istotny szczegół. O tyle istotny, że jest podstawą całej fabuły tej książki. Dziewczyna to silna kobieta, która boi się jednak, że zabijanie jest dla niej czymś więcej niż wymierzaniem sprawiedliwości. Boi się, że sprawia jej to za dużo satysfakcji. Jednak nie przestaje... W końcu jest córką Mortaina. Została wyszkolona w tym samym zakonie co Ismae. Ojciec, który ją wychował, jest bezwzględnym i okrutnym człowiekiem. Skrzywdził ją tyle razy... A ona pragnie zemsty i uparcie do niej dąży.

" Nie przybyłam do zakonu Świętego Mortaina całkiem niewinna. Miałam już wtedy za sobą trzy trupy i dwóch kochanków. Mimo to mogłam się tam nauczyć wielu rzeczy : od siostry Serafiny stosowania trucizny, od siostry Thominy posługiwania się ostrzem, a od siostry Arnette - niczym map konstelacji gwiazd - umiejscowienia najwrażliwszych punktów na ciele mężczyzny, w które można wbić ostrze z najlepszym skutkiem."

    "Mroczny triumf" to powieść, która spokojnie nadaje się na bezsenne wieczory. Jest przyjemna, pozwala odpocząć i zanurzyć się w historii Sybelli. Fabuła jest wciągająca, a styl autorki ciekawy i dojrzały. Wiele zwrotów akcji sprawia, że książkę czyta się szybko, jednak tak jak już mówiłam - moje serce zostaje przy "Posępnej litości". Znajdziecie tu wiarę, oddanie, miłość, ale też okrucieństwo, walki i morze krwi. Robin LaFevers nie rozczarowuje, daje nam ponownie przeżyć przygody u boku cór Śmierci. "Mroczy triumf" to osobliwe podejście do najgorszych chwil w życiu człowieka, do momentów, kiedy ogarnia nas mrok i niepohamowanej potrzeby odgonienia go.

"Zemsta jest słodka"

Moja ocena: 7,5/10

Aelin 11 maj 2016

wtorek, 10 maja 2016

2. Robin LaFevers - Posępna litość Jego Nadobna Zabójczyni I












Tytuł: Posępna litość
Autor: Robin LaFevers
Seria: Jego Nadobna Zabójczyni
Część: I
Ilość stron: 560
Data wydania: 20 września 2013
Wydawnictwo: Fabryka Słów
Tłumaczenie: Dominika Wiśniewska









    Tajemnice, intrygujące każdego... Kłamstwa, nie obce człowiekowi... Żądza, która przemawia przez nas od zalania dziejów...  Zdrada, mogąca dotknąć każdego...

    Posępna litość to jedna z tych książek, które okazały się dla mnie wielkim zaskoczeniem. Jak nigdy zwlekałam z jej kupnem, aż nie trafiłam na promocję. Nie wiem, dlaczego tyle zwlekałam, Może to przez obawę przed nowym, nieznanym autorem? Jednak ciekawość jak zwykle zwyciężyła i w tym przypadku wyszło mi to na dobre.

    W lutym bieżącego roku postanowiłam dać tej powieści szansę. W końcu opis zachęcał i intrygował. Tak weszłam w świat Ismae, siedemnastoletniej dziewczyny nękanej przez ojca i naznaczonej piętnem przez samego boga śmierci - Mortaina. To dzięki niemu Ismae zostaje uwolniona od okrutnego ojca i trafia do zakonu Świętego Mortaina, gdzie uczy się sporządzać trucizny, zabijać na wiele sposobów i uwodzić. Po latach nauki dostaje pierwszą poważną misję u boku przystojnego i intrygującego Duvala. Jako assassin, może uchronić ludzi przed zdradą. Jednakże, aby tego dokonać, musi zabijać...

    "Noszę ciemnoczerwone piętno, biegnące od lewego ramienia po prawe biodro, ślad po truciźnie, którą matka dostała od znachorki, by pozbyć się mnie ze swojego łona. Według znachorki, fakt, że przeżyłam, to nie żaden cud, a znak, że zostałam poczęta przez samego boga śmierci."
    
    Posępna litość to powieść, dzięki której po raz pierwszy zetknęłam się z połączeniem dwóch gatunków - fantasy i historii. Na jej kartach obok postaci fikcyjnych takich jak Ismae, Sybella , występują postacie historyczne - Anna, d'Albert czy Madame Dinan. Klimat średniowiecznej Bretanii autorka uzyskała dzięki specyficznemu językowi oraz barwnym opisom. Głównym atutem tej książki  jest właśnie świat przedstawiony, który zaraz obok postaci decyduje o tym, że ten tytuł podbił moje serducho.  Wątki, które LaFevers umiejętnie ze sobą splata, nie przytłaczają czytelnika, a tylko wzmagają jego ciekawość.  Jak w każdej powieści młodzieżowej znajdujemy tutaj wątek miłosny, lecz zdecydowanie to nie on gra w Posępnej litości pierwsze skrzypce. Najważniejsza jest polityka, spory, zdrady i tajemnice związane z otoczką stworzoną przez autorkę. To książka, w której intryga goni intrygę. Na kartach tej historii przewijają się nie tylko specyficzne nazwy trucizn, lecz także nazwy broni, które umożliwiają nam jeszcze bardziej zagłębić się w powieść.

    Co do samych bohaterów... Są oni wykreowani w sposób umiejętny i ciekawy. Zdecydowanie nie wolno nazwać ich typowymi. Oczywiście, jak w każdej powieści, tutaj też mamy do czynienia z tymi złymi i tymi dobrymi, lecz każda postać przewijająca się na kartach Posępnej litości ma w sobie coś, co ją wyróżnia.
    Ismae jako główna bohaterka przedstawiona nam jest w sposób szczegółowy. Poprzez pierwszoosobową narrację oczami córki boga śmierci, poznajemy jej myśli, emocję i lęki. Pozwala nam ona na utożsamienie się z dziewczyną, czego zdecydowanie zabrakło mi w Dworze cierni i róż, który niedawno recenzowałam. Mimo takiej narracji wszystkie wątki przedstawione są w sposób przemyślany, co tylko pokazuje, że Robin LaFevers to nieprzypadkowa autorka, której się poszczęściło, a kobieta z talentem. Uwielbiam nietuzinkowych, a przede wszystkim silnych bohaterów, więc Ismae pod tym względem spełniła moje oczekiwania doskonale. Nie chcąc zdradzać szczegółów, jestem zmuszona napisać tylko tyle - mamy tu do czynienia z kobietą, która wszystkie swoje cierpienia zamienia w siłę.
    Postać, która podbiła moje serce to Gavriel Duval, z którym Isame, chcąc nie chcąc, musiała związać los. Na jej miejscu nie miałabym nic przeciwko. Duval to mężczyzna pełen determinacji, troski i woli walki. Oddał się w ręce świętego Camulosa, patrona bitew i żołnierzy. Postać Gavriela ukazuje, jak wiele człowiek potrafi od siebie dać i ile poświęcić w obronie osób, które się kocha. Jest męską wersją Ismae - może dlatego na samym początku nie potrafią się dogadać. Nic nie zmieni jednak faktu, że to właśnie przez niego musiałam dokonać małych zmian w mojej liście mężów, bijąc na głowę Sylviana z serii Wybrani.

    Czasami zastanawiam się, skąd autorzy czerpią pomysły. Świat Posępnej litości oczarował mnie i sprawił, że chciałam dosłownie wejść w książkę, aby zacząć życie w XV wiecznej Bretanii. Może by mi się poszczęściło i byłabym córką Mortaina? ( Co niektórzy uważają za nieszczęście, no ale...)
Motyw wiary w tej książce zawładną mym umysłem. Ja naprawdę chciałabym tak żyć. Mimo że w fantasy często pojawia się wymyślona wiara (najczęściej politeizm), to ta koncepcja jest jak na razie moją ulubioną.

    





    Na uwagę zasługuje również sposób wydania Posępnej litości. Wydawnictwo "Fabryka Słów'' wybrało dobrze, niewiele zmieniając wygląd okładki. W środku dodatkowo znajdziemy mapkę oraz opis postaci, co według mnie jest świetnym rozwiązaniem. Sam początek rozdziału doskonale oddaje klimat powieści. Mamy tam ozdobniki, które przypominają mi księgi przepisywane przez księży w zakonach. Dodam też, że na końcu książki znajduje się zapowiedź kolejnej części, którą już przeczytałam, a jej recenzja pojawi się zaraz po tej.


    Podsumowując, powieść Posępna litość pióra Robin LaFevers jest jedną z tych książek, które wsysają czytelnika. Kryje w sobie wiele tajemnic, zdrad... Jest mroczna, porywająca i bardzo wciągająca. Trzyma w napięciu do ostatniego rozdziału. Porywa i trzyma w niewoli. Żałuję, że tak późno ją zakupiłam. Postacie wydają się żywe, nie są wyidealizowane, więc każdy może się utożsamić z jedną z nich. Po ostatnich słowach pragniesz więcej Ismae, Gavriela, Mortaina, d'Alberta... Klimat pochłonie cię... Zostaniesz wplątany w tajemnicę i skomplikowaną politykę, wraz z bohaterami staniesz przed ważnymi wyborami, aby pod koniec zamknąć książkę i poczuć TO. Poczuć, że zostałeś naznaczony piętnem.

Moja ocena : 10/10

" Po co być owcą, skoro można być wilkiem."





Aelin 10 maj 2016


niedziela, 8 maja 2016

1. Sarah J. Mass - Dwór cierni i róż










Tytuł: Dwór cierni i róż (A Court Of Thorns And Roses)
Autor: Sarah J. Mass
Ilość stron: 524
Data wydania: 27 kwietnia 2016
Wydawnictwo: Uroboros
Tłumaczenie: Jakub Radzimiński










    Jestem świeżo po zakończeniu lektury Dworu cierni i róż pióra Sarah J. Mass, z którą pierwszy zetknęłam się jakieś dwa lata temu, kiedy to do moich łapek dostał się Szklany tron. Nie ukrywam, że gdy tylko zobaczyłam ACOTAR w preorderze zamówiłam ją od razu. Był to totalny zakup w ciemno, nie czytałam recenzji, polegałam na samym opisie i autorce. Czy zawiodłam się? Czy żałuję? Zdecydowanie nie! Zapraszam do lektury mojej recenzji.

    Świat, który podzielony jest murem na ziemię ludzi i Fae nie jest lekki dla śmiertelników, a Feyra  przekonała się o tym na własnej skórze. Jest dziewiętnastoletnią dziewczyną, żyjącą w niewielkiej chatce wraz z dwoma siostrami i ojcem - kaleką. Na łożu śmierci obiecała matce opiekować się rodziną, co stało się jej celem, kiedy zbankrutowali i zostali zmuszeni do zmiany swojego życia. Z rezydencji przenieśli się do chaty, przez brak pieniędzy głodowali i żyli w nędzy... Feyra związana obietnicą zaczęła polować, aby utrzymać rodzinę przy życiu. Pewnego zimowego dnia, dziewczyna zapuszczając się niebezpiecznie daleko w las podczas poszukiwania zwierzyny, zauważa łanię. Zaraz później pojawia się wilk. Mając świadomość tego, że zwierze może okazać się Fae, dziewczyna zabija je jesionową strzałą - bez żalu, przepełniona nienawiścią. Nie mogła wiedzieć, że ta decyzja zmieni jej życie na zawsze, że przez to zostanie wplątana w intrygę. Wkrótce w drzwiach jej chaty staje złowroga bestia - pochodzący z wysokiego rodu Tamlin. Żąda zadośćuczynienia za zabicie jego przyjaciela. Feyra ma wybór - śmierć w nierównej walce lub udanie się z chłopakiem do Prythianu, krainy zamieszkałej przez Fae i zostanie tam do końca swoich dni. 
    Pozornie dzieli ich wszystko, lecz w praktyce okazuje się inaczej. Nienawiść - uczucie tak silne jest praktycznie niemożliwe do zwalczenia. Czy Feyra pogodzi się ze swoim losem? Czy będzie w stanie pokonać swój strach i niechęć?

    Mamy tutaj do czynienia z połączeniem baśni pt. "Piękna i Bestia" oraz świata nieśmiertelnych i niebezpiecznych istot. Mimo że każdy zna utwór, na którym bazowano tę powieść, pomysł Sarah J. Mass zaskakuje. Wątki, które są delikatnie i umiejętnie przeplatane nie przytłaczają. Zaś bohaterowie! Każdy z nich intryguje nas swoją historią, którą poznajemy powoli na kartach książki. Jednak czuję pewien niedosyt. Feyra, mimo tego, że jest główną bohaterką, była dla mnie najmniej ciekawą postacią. Ogólnie wszyscy ludzie, występujący w tej historii zdają się zbyt prości w porównaniu do Fae, których dzieje są niesamowicie rozwinięte i tworzą doskonałe tło dla powieści. Sama główna bohaterka jest jedną z postaci, które mają niewykorzystany potencjał i choć pod koniec zdenerwowała mnie jej głupota (ta zagadka była TAK PROSTA!). Podoba mi się, że nie jest kolejną dziewczyną użalającą się przez całą książkę nad swoim losem, więc mam nadzieję, że w kolejnej części nie straci swojej hardości i humoru.
    Moje serce podbiło kilka postaci: Lucian, Rhysand, Amarantha i Tamlin. Każdy z nich to Fae.
Zacznę od Luciana, który jest "posłańcem" Tamlina. Jego poczucie humoru i próby maskowania niechęci do Feyry wywoływały lekki uśmiech na mojej twarzy. Historia, która kryje się za tą postacią, jest tragiczna, lecz nadaje mu wyrazu i uzasadnia wszystkie jego wybryki. 
    Przejdźmy do Rhysanda... Księcia Dworu Nocy...Nie mogę powiedzieć, że od początku go lubiłam, ponieważ moje serce biło i bije nadal dla Tamlina. Jednak kiedy spotykamy się z nim ponownie i powoli go poznajemy... Zauważamy, że to kolejna intrygująca postać, która niestety jest tylko tą drugoplanową. Jego tajemniczość, mroczność, a przede wszystkim urok opisany w tej książce podbił moje serce. Kiedy skończyłam Dwór cierni i róż od razu przeczytałam opis kontynuacji. Cieszę się więc, że będzie w niej więcej Rhysanda! 
    Amarantha to czarny charakter w tej powieści.  Z niesamowitym tłem. Wojowniczka, która znienawidziła ludzi przez historię z jej siostrą Clythią. Nie będę kłamała - nienawidzę ją całym moim sercem i bardzo cieszą się z obrotu spraw, jednak jest to zdecydowanie postać warta uwagi, obok której nie można przejść obojętnie. 
     Tamlin... Nie wiem, dlaczego wiele osób go nie lubi. Może dlatego, że zostajemy zasypywani wręcz Tamem. Jednak nie można się za to złościć, w końcu to jedna z najważniejszych postaci. I jak pod koniec książki, jego blask przygasa, tak na samym początku zostałam wręcz nim oślepiona.

    To jak Sarah. J. Mass napisała swoją powieść, było jak dla mnie dobrym wyborem. Widać w niej umiejętności autorki oraz to jak bardzo przyłożyła się do powieści. Tym razem nie zauważyłam niedociągnięć tak jak w Szklanym tronie, Wszystko łączyło się ze sobą w logiczną całość, grało ze sobą idealnie. Opisy, które zastosowała, nadały klimatu i sprawiły, że Prythian stał się w mojej głowie niemal rzeczywistym obrazem. Zostałam wessana w historię tak bardzo, że poczułam aż lekkiego kaca książkowego, gdy przeczytałam ostatnie słowa.

    Och te ostatnie słowa, to głównie one zasiały we mnie niepewność dotyczącą kolejnej części. Feyra po tym wszystkim, co przeszła przestała być tak twarda, można by wręcz powiedzieć, że załamała się po prostu dziewczyna - trudno się nie zdziwić. Mam obawy, że dziewczyna będzie taką kaleką życiową, w jaką przeistaczają się niektóre bohaterki innych książek. Błagam, nie psujcie Feyry! 

    Podsumowując, Sarah J. Mass po raz kolejny stworzyła powieść, w której aż kipi od magii, tajemnicy, namiętności, baśniowości i strachu. Czytając, wchodzimy do świata pełnego mroku i tajemnic, do świata, z którego nie chcemy wyjść. Przeżywamy wszystko wraz z Feyrą. Książka jest pełna akcji, nie mam momentu, w którym nie dzieje się nic. Pędzimy, przerzucamy kolejne strony, aby z uśmiechem i w moim przypadku łzami w oczach przeczytać ostatnie zdanie. Nie spodziewamy się wydarzeń, które następują po sobie. Czasami jednak, gdy rozwiązanie zaświta nam w głowie, nie mamy czasu, aby się nad nim zastanowić, ponieważ autorka wrzuca nas w wir wydarzeń, przez które zapominamy o naszych podejrzeniach. Dwór cierni i róż hipnotyzuje, zatrzaskuje nas w swoich objęciach i nie pozwala uciec. Polecam tę książkę każdemu, kto chce oderwać się od rzeczywistości, każdemu, kto ma dość banalnych rozwiązań, każdemu, kto uwielbia zanurzyć się w fantastykę i stracić przez nią wiele godzin. Czeka Cię sprawdzian? Sesja? A może po prostu czekasz na kogoś? Jeśli tak, nie sięgaj po tę książkę, póki nie załatwisz tych wszystkich spraw, ponieważ Dwór cierni i róż porwie cię do Prythianu i nie wypuści, dopóki nie przeczytasz ostatniej kropki.

Moja ocena: 9/10

"I choć każdy cios mój góry kruszyć by pozwolił,
Gdy zabijam, robię to bardzo powoli..."


Aelin 8 maj 2016